Zaczynamy od kawy
Jeśli dzień zaczynasz kawopodobnym napojem typu neska to przestań! Kawa, którą potraktowano chemiczną mieszaniną (wole nie wiedzieć czego) po to by ją rozpuścić, a potem znów nadać jej formę stałą, którą i tak straci kiedy potraktujemy ją wodą, to nie jest już kawa!
Pierwszy smak, który rano wgryzie się w moje kubki smakowe musi być smakiem prawdziwej, gęstej od aromatu, parzącej kawy. Potem gdy moje podniebienie zapamięta już ten pierwszy łyk mogę pić rozpuszczalną lurę (ale tylko w wersji duuużo mleka, broń Boże chudego!).
I tu na scenie pojawia się kawiarka (czyli kafetierka). Mój wysłużony egzemplarz lat ma z dziesięć chyba i na nie jednej kuchence się grzał. Nie jest reprezentacyjny, ale za to doskonale wie jaką kawę lubię najbardziej.
Kawiarka to przodek współczesnych przypominających mostek statku kosmicznego ekspresów ciśnieniowych. Ewolucja nie zawsze jest dobra – kawiarka jest tego najlepszym przykładem. Na liście jej niewątpliwych zalet jest szybkość i prostota obsługi i czyszczenia, rozmiary (urządzenie to niewielkie, ale jakie zmyślne) oraz (niby o pieniądzach nie wypada) cena. W tych trzech kategoriach nowoczesny ekspres spada z podium.
Pomysł na czwartek: do gotowej już kawy dodaj dwie, trzy krople prawdziwego ekstraktu waniliowego, lub cukru waniliowego (ale już nie wanilinowego, bo przynajmniej rano mówmy stanowcze: NIE podróbkom smaku). Zamiast białego cukru dodaj ciemnego cukru muscovado (cukier trzcinowy o bogatym lekko karmelowym smaku). To będzie dobry czwartek! Zobaczysz.

